W tym porannym zamieszaniu wszyscy zapomnieli o najmłodszym. Ten jednak miał już ułożony w głowie plan działań na najbliższy dzień. Mylił się jednak w szczegółach – ale o tym potem.
Niemniej jednak cicho pod olbrzymią gęsiastą pierzyną leżąc, udając martwego, zastanawiał się, czy to już pora, kiedy Janek pod oknem ma stanąć i gwizdąć dwa razy. I czy najmłodszy zdąży się do tego czasu nie rozpuścić.
Jakiś zegar gdzieś za ścianą tykał miarowo, lecz z jego twardych tyków trudno było określić, czy dojrzała już pora spotkania.

Janek stawił się dzielnie tuż przed telerankiem.
Gwizd sążnisty dobył się spod czereśni mało subtelnie, choć jednoznacznie wskazywał na obecność kompana na następne godziny.
Dzień został napoczęty. Świt zastąpił świtańca.

Spod rozgrzanej emocjami pierzastej kołdry wydobyły się najpierw ręce, a potem reszta najmłodszgo.

Świat zaczął się wtedy, jak co dzień. Od nowa.
Najstarsza kątem oka widząc to spodpierzawstanie obwieściła światu: – O, młody wstał, głodny pewno. – Masz tu chlebek, pewnoś głodny.

Najmłodszy był głodny, lecz nie jedzenia. Przestworu. Ale i ten gwizd Janka spod czereśni otwierał w nim potrzebę. Większą niż pełnia żołądka, niż potrzeba rozmowy z najstarszą o tym.

Wskoczył w koszulkę i półgatki leżące koło łóżka. Szczęśliwy przebudzeniem. Przemknął obok najstarszej: – Babcia – siku!
W sieni trampki, zapadka na drzwiach. Przestrzeń!

I tak się zaczęła toczyć zwykła przestrzeń dnia…
Tego dnia.