Słońce tego dnia wstało dużo później, niż zwykle. Chociaż i ono nie spieszyło się zbytnio z tym wstawaniem, jakby dając czas zwierzętom i ludziom – tym na dole – by rozprostowali skrzepnięte snem kości.

Lewek w budzie z blachy falistej wyciągnął w przód łapy. Ziewnął z całych sił, które się w nim znienacka obudziły. Mamy nowy poranek. Nowe rozdanie kur, które tylko czekają na jego zęby. Krnąbrnego koguta też trzeba ustawić w szeregu. Podwórko Lewka należało do niego, a Lewek to strażnica domostwa przecież. W przeciwieństwie do kur i kogutów, które tak często się zmieniają, bo znikają nagle. A czy one pamiętliwe chociaż? Wiedzą, gdzie dziobać, by kamykami brzuchy zapełniać? Im to obojętne przecież. Dziobnie tu, dziobnie tam gdzie stoi. W przeciwieństwie do Lewka. Lewek ogarnia wszystko aż po horyzont. Po najmniejszy ruch oraz zapach, który się pojawi.
Lewek nie zakrzątał jednak sobie tym zbytnio głowy. Miał swoją dziedzinę na długość łańcucha. I pamięć o tym, że po pierwszej misce będzie od niego uwolniony. Cierpliwie czekał na kolejność zdarzeń. Kilkukrotnym szczeknięciem nawet o tym przypomniał – sobie i kurakom.

Tymczasem poranna krzątanina w chacie także nabierała dźwięków i rytmu. Najpierw najstarszy wystawił głowę za drzwi, by ocenić potencjał dnia. No i patrzy i słucha. Na łeb nie kapie, dzień zapowiada się sierpniowo. W sumie tego się spodziewał. Krowy muczą, koń nerwowo stepuje. Świnie przy korycie – wiadomo. W kurniku rwetes. Lewek się przeciąga i szczeka. Daj Boże! Nowy dzień mamy – pomyślał i przeżegnał się najstarszy. Skrzypnął zawiasami i poszedł.

Po tym zdarzeniu najstarsza zaczyna opowieść o tym, jaki to świat piękny, gdy rano wstać, bo świnie się cielą, krowy prosią, koń jeszcze nie wyczesany, a robota czeka…

Najmłodszy, w półśnie jeszcze tkwiący skrawki słów, które do niego docierały w takie zdania składa.

Poniekąd prawda.
Każdy o tym wie

cdn.