Rzadko mam okazję wracać całym sobą do wspomnień. To pewno mnie ratuje przed depresją i dekadenctwem. Dziś jednak wziąłem gitarę w ręce. Zastosowałem wobec gryfu kilka akordów. Niestety, palce obu rąk nie nadążają za rozśpiewaną duszą. Muszę się z tym pogodzić. Z demencją starczą oraz bez tarczy. Akordów i słów też coraz mniej. Dlatego sięgam po utrwalone zapisy. I delektuję się tym, co Zembaty i Porter zrobili z Cohenem. Niebieska płyta Zembatego i oboczności, to wyjątkowo dobrze zrobiony pit-stop, dla duszy i rozumu.

P.S.
Jestem z tych, którzy rozdzielają obie instancje