Chmura nocą

Bertuś, rewolucjonisto komuszku, nie mogłeś przewidzieć, że do dobrych, a czasem dowcipnych tekstów, głosu użyczy ci Wojnowska. Byłbyś teraz chociaż z tego dumien.

Żaby 11

Pośrodku strzały, jakby w locie uchwycona, przybita do dyszla kura zastygła.
Jeszcze przez chwilę międliła w powietrzu skrzydłami, gdaknęła donośnie ze dwa razy, poprzebierała nóżkami udając ucieczkę.
Po czym obracając się wokół osi strzały zawisła głową w dół. Bez ruchu.
To nie tak miało być.
Sama się nadziała…

Wieczorem najmłodszy w rozmowie z najstarszym musiał wysłuchać, jak to niemożliwie kura w górę podskoczyła, a potem spadając nadziała się na jedyny w kurniku, u strzechy wystający, zardzewiały gwóżdź. Rosół trzeba zrobić.

Ale to był dopiero początek.

Kura już wisi na jedynym gwoździu w kurniku…

Marszruta

mój łyk dumy i honoru
w zatęchłym lewackim powietrzu

dziś chciałbym się upewnić
że Polska to nie autostrada

dla wszelkich obcych armii
maszerujących tu po nas
wte i wewte
jak po swoim gumnie

 

20160424_180312

Żaby 10

żaby

Gdy ma się łuk i daj Boże strzałę, nawet krzywą, to nie ma siły… Musi dojść do napięcia i wypuszczenia.
Lot niemrawy nie powinien opóźnić efektu.
Człowiek się uczy całe życie, więc ta chwila, gdy patyk spada tuż obok studni jest tylko wyzwaniem.
Są przecież dalsze przestrzenie, zza płotu je widać. Pojedyncze kępy drzew i las na horyzoncie.

Najmłodszy będąc pełen entuzjazmu, widząc potencjał w zabawie, wpadł na pomysł epokowy.
Nikt już tego nie wie, czy sam to wymyślił, czy natchnienie przyszło z któregoś „Tomka”.
Nie ważne wtedy to był.
Udał się z Jankiem do szopki z narzędziami, gdzie można było unowocześnić zabawkę.
Po drodze zahaczając o leszczynowy lasek.

Proste strzały zyskały na przedzie gwóźdź, taki pięcio centymetrowy, opleciony kawałkiem drutu, by się trzymał, a na końcu kilka lotek z kurzych piór, co to się walały wszędzie po podwórku.

Kolejne próby i modyfikacje długości strzał i grubości łuku, oraz materiału na cięciwę doprowadziły do takiego efektu, że strzała wypuszczona przez któregoś nich szybowała na kilkadziesiąt metrów, i przyziemiała celnie w rejonie, do którego była skierowana.

Słońce ledwo minęło zenit, a Janek i najmłodszy już wiedzieli, że są dobrzy w tej tajemnicy, którą mają w rękach.

Gdy minął czas sprawdzania się w najdłuższych lotach strzał, przyszedł czas na celność.

Wymagało to kolejnych modyfikacji arsenału. Na bliskich odcinkach strzału lepiej sprawdzały się krótkie, z bardziej obciążonym dziobem.

Szopka wrzała koncepcjami. Tu za dużo, tu za krótko. Za mocno wcięte. Lepiej nie…

Testy były konieczne.

Naprzeciwko drzwi szopki stał wóz, którego uniesiony dyszel kusił wręcz do wykorzystania jako cel. Jakieś dziesięć metrów. Jak coś, to w płot może się wbije.
Strzała do odzysku będzie.

Najmłodszy przy kolejnej próbie bardzo się skupiał, by strzała osiągnęła punkt. Drzewa wokół, stodoła obok, nawet Janek przestali dla niego istnieć.
Nie widział już nawet celu. Wyobrażał go sobie tylko, czuł, ale nie widział. Jego kolej była. Puścił strzałę.
Strzała poszła, i tylko dziwny krzyk Janka sprawił, że najmłodszy długo nie otwierał oczu.

Swój człowiek

Tym razem nie będzie opowieści bez epilogu.
Bo to nie opowieść jest. Tylko rytm.

Przez jakiś czas interpretowałem poniższą pieśń, jako próbę wpasowania się /niedopasowania/ społecznego podmiotu lirycznego.
Ale wiadomo o co chodzi. Lecz tym razem nie o pieniądz.

Chodzi o pętlę, w którą każdy z nas może się złapać!

O poranku najbardziej doskwiera. W głowie to siedzi, prawie w genach.

Niczym dziura w łapciach.