aby opuścić miejsce
którego się boimy
właśnie tak trzeba
nic nie znaczą chęci
kapryśne wiecznie
nie ma wyboru lecz przymus
jeśli jest uśmiech to nie moja twarz
tylko lęku
jeśli myśl – nieprawdziwa do końca
lecz ukradziona w strachu
kiedy ginie oblicze kształtu
a gdzieś przyczajone czuwa
zwierzę nocnych walk
gdy grożą nam widziadła karmione
atawizmem najpierwotniejszym
bo już nieludzkim
te ze snu embrionów
z krzyku praatomu
w który wstąpił Bóg
jesteśmy cieniem na tle nocy
powolnym mieszaniem się ciemności
możemy powiedzieć do niej:
taka sama jesteś jak i my
przenikamy się wzajem
bój się więc także nas
te same prawa zaklęcia
ten sam Bóg od zawsze
naiwni
forma w której dostrzegamy cień krzaka
jakże pojemna
jakże ułudnie człowiecza
może lisia albo topielcza
nie udźwigniemy aż tylu kształtów
nie zrozumiemy
za bardzo realni w tym świecie
zbyt samotni
w bagienną posokę jeziora Szeląg
po niewidzialnej drodze do namiotów
w marzenie o poranku i ukojeniu
w sen o rybie i mewie
już nie tylko cienie
mamy przyjaciół tak jak każdy
gromadzimy ich odrzucamy
i kochamy w nich siebie
swój diament samotności i dotyk życia
niech tak zostanie
po to chociażby
aby był krok i jeden jeszcze
oderwana głowa mewy ze snu
i mewy z jeziora odchodzący
w cierpienie człowiek
tortura myśli sumienia
zapomnienie




